Są dni, kiedy ręka znów nie potrafi tego, co wczoraj wydawało się już proste. Pod mikroskopem wraca niezręczność. Trzeba poprawić chwyt, oddech, własne wyobrażenie o sobie.
Najchętniej wyszedłbym wtedy z sali na tyle dobry, żeby nie musieć już przez to przechodzić.
Wracam jednak do ćwiczeń. Do nici cieńszej niż włos. Do ruchu, który po raz setny wychodzi prawie tak, jak powinien. Nikt tego nie ogląda. Wieczór mija bez świadków.
Kiedyś wyobrażałem sobie nieustępliwość jako zaciśnięte zęby. Teraz coraz częściej widzę w niej dłonie, które po nieudanej próbie potrafią się rozluźnić. Odłożyć narzędzia. Nazajutrz podnieść je bez urazy.
Neurochirurgia powoli odbiera mi nadzieję, że kiedyś będę gotowy raz na zawsze. Zostawia coś skromniejszego: możliwość, żeby jutro umieć odrobinę więcej.
Po lekturze
Miejsce na Twoje słowa.
Co zostało z Tobą po tym tekście?