Wszystkie zapiski

Pierwszy raz sam

O chwili, w której w polu operacyjnym nic się nie zmienia, a jednak wszystko zaczyna ważyć więcej.

Puste krzesło na sali operacyjnej, uchylone drzwi, rękawiczki i notatnik.

Wyobraźmy sobie ten moment. Pierwszy operator, wasz mentor wychodzi z sali po uzgodnieniu dalszego etapu pracy. Pacjent jest zabezpieczony, zespół pozostaje na miejscu, pomoc ma być dostępna. Nie ma pożaru, kłótni ani filmowej próby charakteru. Z punktu widzenia organizacji wydarzyła się rzecz zwyczajna: część odpowiedzialności została powierzona osobie, która się do niej przygotowywała.

Z punktu widzenia tej osoby właśnie zrobiło się jakoś ciszej.

Nie opowiadam tu jednego konkretnego zabiegu. Interesuje mnie chwila przejścia, którą łatwo ubrać w bohaterską anegdotę, a znacznie trudniej uczciwie opisać. To przecież świetny materiał: otwarta głowa, młody chirurg, drzwi zamykające się za kimś bardziej doświadczonym. Jeszcze muzyka, zwolnione tempo i moglibyśmy sprzedawać bilety.

Pacjent na szczęście nie kupił biletu. Powierzył nam swoje ciało. Te dwie formy uczestnictwa nakładają na organizatora zupełnie inne obowiązki.

W neurochirurgii wyobrażenie pierwszej samodzielności ma szczególny ciężar, bo stawkę widać. Pole operacyjne leży przed oczami. Nie da się odsunąć dokumentów, powiedzieć, że wrócimy do tematu jutro, ani przełożyć odpowiedzialności do folderu „do omówienia”. Trzeba wiedzieć, jaki jest następny ruch. Jeszcze ważniejsze: po co go wykonać.

Najbardziej podstępne jest to, że ręce mogą już znać odpowiedź. Czasem dopiero głowa odkrywa, iż od tej chwili będzie musiała umieć ją uzasadnić.

Nieobecność ma swoją wagę

Obecność doświadczonego operatora nie polega wyłącznie na wydawaniu poleceń. Część jej działania jest niemal niewidoczna. Ktoś widzi to samo pole. Zauważa, jeśli obraz przestaje pasować do planu. Może zareagować, zanim pytanie zdąży ułożyć się w pełne zdanie.

To rodzaj zapasu, którego wartość najłatwiej odczuć, gdy przestaje stać bezpośrednio przy stole.

Nie zmienia się kolor tkanki ani długość instrumentu. Nagle jednak drobna decyzja ma dłuższy cień. Czy obraz jest wystarczająco czytelny? Czy to rzeczywiście struktura, za którą ją biorę? Czy należy działać dalej, czy najpierw poprawić warunki? Czy lewa strona jest aby na pewno po lewej stronie? Pytania istniały również wcześniej. Teraz trudniej liczyć, że ktoś rozstrzygnie je swoim spokojem.

Zawsze interesowała mnie różnica między pożyczonym a własnym spokojem. Ten pierwszy bywa znakomity. Człowiek pracuje obok kogoś, kto zna drogę, i czuje się pewniej, niż wynikałoby to wyłącznie z jego umiejętności. Nie ma w tym nic wstydliwego. W ten sposób uczymy się wielu rzeczy. Problem zaczyna się, kiedy uznamy cudzą obecność za dowód własnej gotowości do każdej sytuacji.

Pożyczony spokój nie znika przecież z rachunku. Kiedyś przychodzi moment, w którym trzeba odróżnić to, co umiem, od tego, co umiem przy kimś. Wolałbym robić to stopniowo i uczciwie. Pacjent nie powinien być audytorem naszych zawyżonych deklaracji.

Najbardziej przekonuje mnie samodzielność, która ma określony zakres. W tym etapie, w tych warunkach, przy tych kompetencjach i z tak ustaloną pomocą. Brzmi mniej efektownie niż „został sam z otwartą głową”. Trudno. Nie wszystkie dobre rzeczy wytrzymują redakcję pod sensacyjny tytuł.

Od wykonywania do wybierania

Na początku szkolenia dużo uwagi zajmuje samo wykonanie czynności. Jak trzymać narzędzie, jak oprzeć rękę, jak uzyskać właściwy kąt. To nie są drobiazgi. O precyzji łatwo mówić abstrakcyjnie, dopóki człowiek nie odkryje, ile zależy od pozornie banalnego ustawienia łokcia.

Ale później pojawia się mniej fotogeniczna część nauki: wybór.

Można bardzo sprawnie wykonać ruch, którego nie należało wykonywać. Można również niezgrabnie wyglądać, podejmując rozsądną decyzję o zatrzymaniu się. Z boku te dwie sytuacje bywają źle oceniane. Płynność ma naturalny autorytet. Przerwa sprawia wrażenie niepewności. Tymczasem chirurgia nie odbywa się przed jury tańca. Wrażenie płynności nie jest osobną korzyścią dla chorego.

Odpowiedzialność zaczyna się wtedy, kiedy potrafię opowiedzieć sobie nie tylko, co zamierzam zrobić, lecz także dlaczego właśnie teraz. Co wiem? Czego się spodziewam? Co zrobię, jeśli obraz będzie inny? Samo pytanie „czy dam radę?” jest za wąskie. Człowiek może dać radę zrobić mnóstwo rzeczy, które nie mają sensu.

Ta zmiana perspektywy bywa niewygodna dla ambicji. Przez lata czekamy na możliwość działania. Każda powierzona czynność wydaje się krokiem naprzód. Potem okazuje się, że dojrzewanie oznacza także zdolność rezygnacji z kroku, mimo że technicznie znalazłby się w naszym zasięgu.

Nikt nie wręcza za to efektownego instrumentu. Nie ma osobnego momentu, w którym starszy chirurg uroczyście przekazuje młodszemu zdolność rozpoznawania własnych ograniczeń. Szkoda, bo pewnie łatwiej byłoby ją szanować, gdyby znajdowała się w ciężkim metalowym pudełku i wymagała kosztownego serwisu.

Znane miejsce, trochę inny widok

Jest rodzaj wiedzy, który z perspektywy asysty wydaje się oczywisty. Widzimy, co robi prowadzący. Rozumiemy kolejne etapy. Potrafimy przewidzieć następny instrument. Łatwo wtedy uznać, że samodzielne wykonanie będzie polegało na powtórzeniu oglądanej sekwencji.

Potem zmienia się miejsce przy stole i okazuje się, ile drobnych wyborów pozostawało ukrytych w cudzej płynności. Operator nieustannie poprawiał warunki, zmieniał kierunek spojrzenia, oceniał napięcie tkanek, decydował, czy to już wystarczająco dobry obraz. Obserwator widział wynik tych decyzji. Wykonawca musi je teraz wytworzyć.

To trochę jak znajomość utworu, którego słuchało się setki razy. Można znać każdą nutę i nadal odkryć przy instrumencie, że palce nie przyjmują argumentu „przecież wiem, jak to leci”. W chirurgii dochodzi do tego szczegół utrudniający porównanie: instrument, na którym się uczymy, należy do kogoś innego i ma później wrócić do domu.

Podobnie działa atlas. Uporządkowany, czysty, z rozsądnie rozstawionymi strukturami, pokazuje anatomię gotową do zrozumienia. Pole operacyjne bywa mniej uprzejme. Kąt widzenia, patologia i warunki dostępu zmieniają to, co wydawało się tak oczywiste przy biurku. Trzeba rozpoznać strukturę na podstawie relacji, a nie tylko podobieństwa do zapamiętanej ilustracji.

Nie chodzi więc o posiadanie w głowie większej liczby obrazków. Chodzi o zdolność sprawdzania własnej interpretacji. Dojrzałe rozpoznanie powinno wytrzymać pytanie: skąd wiem, że to właśnie to? Jeżeli jedyną odpowiedzią jest „wygląda znajomo”, warto potraktować ją jak początek namysłu, a nie jego zakończenie. Znajomo wyglądają także ludzie, którym przez pomyłkę kłaniamy się na ulicy. Tam zwykle kończy się na zakłopotaniu.

Pacjent nie jest egzaminem

W szkoleniu chirurgicznym łatwo myśleć w kategoriach kolejnych pierwszych razów. Pierwszy dostęp, pierwsze samodzielne wykonanie etapu, pierwszy cały zabieg. To naturalne. Człowiek potrzebuje widzieć, że idzie naprzód, a nie tylko kolekcjonuje niedospane poranki.

Każdy taki kamień milowy ma jednak po drugiej stronie kogoś, dla kogo to nie jest rozdział naszej edukacji. To jego operacja.

Próbuję o tym pamiętać, bo zawodowa autobiografia pisze się bardzo łatwo. Ja dostałem szansę. Ja wykonałem. Ja poradziłem sobie z trudnością. Wszystkie te zdania mogą być prawdziwe, a jednocześnie usuwać z centrum opowieści jedyną osobę, która naprawdę ponosi biologiczny koszt wydarzeń.

Nie chodzi o udawanie, że uczenie się można wyeliminować. Ktoś musi nauczyć się operować, a żadna liczba obejrzanych nagrań nie zastąpi całego doświadczenia rzeczywistej pracy. Chodzi o to, jak uczymy i na jakich warunkach przekazujemy odpowiedzialność. Stopniowanie trudności, nadzór i dostępność pomocy są znacznie ciekawsze moralnie niż romantyczna opowieść o wrzuceniu kogoś na głęboką wodę.

Zresztą metafora głębokiej wody zawsze wydawała mi się podejrzana. W jej popularnej wersji mówi się o młodym chirurgu uczącym się pływać. Rzadziej dodaje się, że ktoś inny leży mu wtedy na plecach i nie wyraził zgody na udział w eksperymencie pedagogicznym.

Nie chciałbym swojej wartości budować na tym, że poradziłem sobie bez pomocy w sytuacji, w której pomoc powinna była być bliżej. Nawet pomyślny wynik nie poprawia automatycznie jakości warunków. Czasem po prostu się udało. To cenna informacja o wyniku i bardzo słaby argument za powtarzaniem metody.

Nie wszystko trzeba udowodnić tego samego dnia

Ambicja ma na sali operacyjnej legalny wstęp. Bez niej trudno przez lata cierpliwie budować umiejętności. Kłopot polega na tym, że nie zawsze wie, kiedy skończyła się jej rola.

Potrafi szeptać całkiem rozsądne zdania. Jeszcze kawałek. Widziałeś to wielokrotnie. Nie możesz za każdym razem wołać kogoś starszego. Wszystko prawda, dopóki nie staje się sposobem zagłuszania konkretnej wątpliwości. Ambicja rzadko przedstawia się jako ryzyko dla pacjenta. Woli wejść jako pracowitość, odwaga i zdrowa wiara w siebie. Ma przygotowane bardzo dobre dokumenty.

Dlatego lubię pytanie, które odbiera jej część teatralnych możliwości: co zrobiłbym teraz, gdyby nikt nie oceniał mojej samodzielności?

Jeżeli odpowiedź brzmi „poprosiłbym o pomoc”, to problem zaczyna być dość czytelny. W polu operacyjnym znajduje się dodatkowy interes, którego nie wpisano do zgody na zabieg. Moja reputacja próbuje wynegocjować coś na koszt człowieka, który nie może uczestniczyć w tych negocjacjach.

Nie oznacza to wzywania konsultacji przy każdym ruchu. Oznacza rozpoznanie chwili, w której kolejne działanie służy bardziej ratowaniu własnego obrazu niż realizacji planu. To rozróżnienie rzadko jest przyjemne. Dlatego warto ćwiczyć je wcześniej, przy mniejszych sprawach, kiedy cena przyznania się do niewiedzy nie wydaje się jeszcze tak wysoka.

Wolałbym mieć w swoim szkoleniu więcej dni zakończonych uczciwą odpowiedzią „tego jeszcze nie umiem”, niż jeden wieczór, którego nie dałoby się naprawić najbardziej przekonującą opowieścią o odwadze. Lekarskie CV przyjmuje wiele ozdobników. Pacjent nie powinien być jednym z nich.

Sam, czyli wśród ludzi

Słowo „sam” jest w chirurgii wyjątkowo bezczelne. Przy stole pozostają ludzie odpowiedzialni za znieczulenie, instrumentarium, przebieg pracy i bezpieczeństwo. Ktoś obserwuje parametry, ktoś przewiduje potrzebne narzędzie, ktoś zauważa zmianę, która umknęła operatorowi. W dobrym zespole informacja może przyjść z różnych stron.

Formalne narzędzia bezpieczeństwa chirurgicznego, takie jak lista kontrolna WHO, zwracają uwagę na wspólne potwierdzanie kluczowych informacji i komunikację. Zespół ma wiedzieć, nad czym pracuje i jakich trudności się spodziewa. To dość przyziemna wizja chirurgii. Właśnie dlatego bardziej jej ufam niż opowieści o samotnym geniuszu. [1]

Przytomność instrumentariuszki nie jest dekoracją mojego skupienia. Spokój anestezjologa nie stanowi elementu wystroju sali. Doświadczenie pielęgniarki może mieć dla przebiegu zabiegu większą wartość niż kilka efektownych zdań, które operator chciałby później opowiedzieć o sobie.

Jednym z najgorszych sposobów wejścia w samodzielność byłoby więc zacząć od odebrania innym prawa do uwag. Człowiek niepewny swojej pozycji czasem próbuje ją zabezpieczyć tonem głosu. Bywa stanowczy dokładnie tam, gdzie powinien być ciekawy. To zrozumiały mechanizm obronny i bardzo kiepskie narzędzie pracy.

Warto rozpoznać u siebie taką pokusę, zanim nazwie się ją autorytetem. Autorytet, który rozpada się po pytaniu instrumentariuszki, prawdopodobnie wymagał przebudowy niezależnie od pytania.

Bezpieczeństwo zespołu zależy także od tego, czy ludzie mogą powiedzieć o wątpliwości wystarczająco wcześnie. Jeśli każdy komunikat musi najpierw przejść przez kontrolę urażonej dumy, ważne informacje docierają z opóźnieniem. Na sali operacyjnej to szczególnie kiepskie miejsce na kolejkę.

Strach w odpowiedniej ilości

Nie wierzę w chirurga, który nigdy się nie boi. Wierzę, że ludzie różnie rozumieją to słowo i bardzo różnie przyznają się do jego obecności.

Jest lęk, który porządkuje uwagę, każe ponownie sprawdzić założenie i pamiętać o konsekwencjach. Jest też taki, który odbiera zdolność myślenia, zawęża obraz i pcha do chaotycznego działania. Ten drugi nie jest dowodem zaangażowania. Wymaga reakcji, a nie pielęgnowania jako szlachetnego cierpienia młodego lekarza.

Zastanawiam się czasem, dlaczego w opowieściach o dojrzewaniu tak chętnie podkreślamy przezwyciężenie strachu. Jakby idealny stan miał polegać na całkowitej obojętności wobec ryzyka. Wolałbym nauczyć się rozpoznawać, co dokładnie budzi niepokój. Nieznajomy obraz? Gorsze warunki? Własne zmęczenie? Brak jasnego planu? To są pytania, na które można odpowiedzieć. „Musisz być odważniejszy” zwykle kończy dyskusję, nie rozwiązując żadnego z nich.

Nawet doświadczony człowiek ma prawo czuć wagę sytuacji. To nie odbiera mu umiejętności. Niebezpieczniej byłoby potraktować brak emocji jako potwierdzenie kompetencji. Spokój może wynikać z wiedzy, ale może też wynikać z niedostrzegania problemu. Z zewnątrz oba potrafią wyglądać podejrzanie podobnie.

W szkoleniu zależy mi więc na czymś bardziej konkretnym niż twarda skóra. Zdolność rozpoznania własnego stanu, nazwania wątpliwości i wyboru adekwatnej reakcji. Brzmi mało bohatersko. Dobrze. Bohaterstwo najczęściej oznacza, że wcześniej zabrakło czegoś bardziej użytecznego.

Starszy chirurg też podejmuje decyzję

Łatwo opowiadać samodzielność wyłącznie od strony osoby, która zostaje przy stole. Jest jednak druga strona: człowiek, który uznał, że może powierzyć jej określony etap.

To również odpowiedzialność. Trzeba znać umiejętności młodszego lekarza, trudność sytuacji i warunki, w których pomoc będzie dostępna. Samo zmęczenie tłumaczeniem nie jest kryterium gotowości ucznia. Podobnie jak zdanie „mnie nikt nie prowadził za rękę” nie stanowi programu szkolenia. Stanowi fragment biografii, który można spokojnie pozostawić w archiwum.

Dobry nauczyciel musi tolerować, że uczeń nie będzie robił wszystkiego dokładnie w jego tempie. Musi również rozpoznać, kiedy wolniejsze wykonanie jest rozsądną nauką, a kiedy sytuacja wymaga przejęcia działania. To trudniejsza umiejętność niż nieustanne poprawianie czyichś ruchów. Bycie najlepszym wykonawcą czynności nie gwarantuje jeszcze, że potrafi się przygotować do niej drugą osobę.

Mam sporo szacunku dla nauczania, w którym odpowiedzialność przekazuje się jasno. Co jest planem, gdzie są granice, kiedy wrócić do wspólnej oceny. Człowiek pracuje wtedy samodzielnie w czymś, co rozumie, zamiast domyślać się, czy pytanie nie zostanie potraktowane jak rozczarowanie.

Chciałbym kiedyś umieć dawać taki spokój. Nie ten wynikający z obietnicy, że nic złego się nie wydarzy. Takiej obietnicy nie mam prawa składać. Raczej pewność, że jeśli sytuacja się zmieni, nie trzeba będzie najpierw zasłużyć na pomoc odpowiednio heroicznym czasem samodzielnego zmagania.

Nie wiem, czy istnieje piękniejszy dowód zaufania niż możliwość zadania pytania bez obawy, że cofnie ono całe dotychczasowe zaufanie.

Zdanie, które warto umieć powiedzieć

Proszenie o pomoc również wymaga umiejętności. Sam komunikat „proszę przyjść” może być potrzebny, ale jeśli sytuacja pozwala, warto umieć krótko powiedzieć, co się zmieniło, co wiemy i czego potrzebujemy. Uporządkowanie tych informacji pomaga także osobie, która je wypowiada. Wątpliwość przestaje być mgłą. Dostaje kształt.

Zasady bezpiecznej pracy zespołu podkreślają znaczenie dzielenia się informacją i jasnej komunikacji. W praktyce nie potrzebujemy wtedy popisu terminologii. Potrzebujemy wspólnego obrazu sytuacji, zrozumiałego dla ludzi, którzy mają działać razem. [2]

Myślę, że najgorszą szkołą byłoby uczenie młodszego lekarza, iż wezwanie pomocy trzeba opakować w przeprosiny za samo istnienie. Jeśli ktoś za każdym razem zaczyna od usprawiedliwienia, dlaczego jeszcze nie jest wystarczająco dobry, uwaga przesuwa się z problemu pacjenta na stan jego zawodowej samooceny. To strata czasu i energii, której można uniknąć przy odrobinie przyzwoitości.

Dobry powrót prowadzącego do sali nie musi zawierać wielkiego przemówienia. Wystarczy wspólne spojrzenie, decyzja, ewentualna korekta. Nauka może przyjść później, kiedy będzie na nią miejsce. Najpierw należy zająć się tym, po co wszyscy tu jesteśmy.

Chciałbym umieć prosić w taki sposób. Chciałbym też, kiedy sam będę dla kogoś osobą wzywaną, nie robić z własnego przyjścia wydarzenia, za które trzeba emocjonalnie zapłacić. Dostępność pomocy traci część wartości, jeśli ceną za nią jest upokorzenie. Zespół szybko uczy się wtedy oszczędzać akurat na tym, na czym oszczędzać nie powinien.

Po zdjęciu rękawic

Sukces pierwszego samodzielnego etapu łatwo ocenić jednym zdaniem: udało się. To zrozumiała ulga. Warto ją poczuć. Warto też chwilę później zadać kilka mniej przyjemnych pytań.

Co dokładnie się udało? Które decyzje były dobre? Gdzie pomógł plan, gdzie podpowiedź zespołu, a gdzie sprzyjające okoliczności? Czy było coś, co następnym razem należałoby zrobić wcześniej? Wynik nie udziela automatycznie odpowiedzi na te pytania. Pomyślne zakończenie potrafi przykryć kiepską decyzję tak samo skutecznie jak zły wynik zasłonić decyzję uzasadnioną.

To trudna część uczenia się, bo pamięć bardzo chętnie zatrudnia dział promocji. Po czasie opowieść staje się płynniejsza, wątpliwości znikają, kolejne ruchy wyglądają na bardziej świadome. Nie trzeba nawet świadomie kłamać. Wystarczy lubić własną historię odrobinę bardziej niż jej niewygodne szczegóły.

Dlatego dobrze móc wrócić do zabiegu z kimś, kto nie potrzebuje ani nas upokorzyć, ani bezwarunkowo pochwalić. Omówić go zwyczajnie. Oddzielić umiejętność od szczęścia, rozsądek od brawury, realny postęp od jednorazowego braku kłopotów. Trudno o bardziej praktyczną formę szacunku wobec kolejnego pacjenta.

Pierwsza samodzielność powinna zostać w pamięci także jako wskazówka, czego jeszcze nie potrafię rozpoznać wystarczająco wcześnie. Taki wniosek mniej nadaje się na toast. Za to znacznie lepiej na następny dzień pracy.

Po zabiegu pozostaje jeszcze coś, co rzadko mieści się w opowieści o pierwszym razie: opis, przekazanie informacji, plan obserwacji. Odpowiedzialność nie wychodzi razem z płatem obłożenia do worka. Ktoś obejmie dalszą opiekę i powinien wiedzieć, co zrobiliśmy, na co zwrócić uwagę i gdzie mieliśmy wątpliwości. Samodzielność obejmuje również umiejętność zostawienia po sobie jasnej informacji.

To mniej ekscytujące od precyzyjnego ruchu. Nie daje tego samego poczucia zawodowego awansu. A jednak chirurg, który świetnie operuje i fatalnie przekazuje pacjenta, wykonał dobrze tylko część swojej pracy. Trudno mi traktować jako dojrzałość moment, w którym człowiek chce mieć coraz większą swobodę przy stole, ale wciąż uważa dalszą komunikację za cudzy problem. Ręce mogą wtedy wyprzedzać resztę zawodowego rozwoju o kilka lat.

Tego ciężaru nie można zdjąć razem z fartuchem

W samodzielności najbardziej pociąga mnie możliwość realnego wpływu. Najbardziej przeraża mnie dokładnie to samo. Trudno znaleźć uczciwsze podsumowanie własnych ambicji: chcę, żeby moje decyzje miały znaczenie, a jednocześnie chciałbym jakoś ominąć fakt, że mogą mieć również znaczenie złe. Niestety, odpowiedzialności nie sprzedaje się w dwóch osobnych pakietach.

Być może właśnie dlatego początek samodzielności nie przynosi tak czystej radości, jaką człowiek wcześniej sobie planuje. Jest w nim duma, ale obok niej pojawia się pytanie, czy rzeczywiście zasłużyłem na zaufanie. Samo pytanie mnie nie martwi. Martwiłoby mnie, gdybym nauczył się zbyt sprawnie je uciszać.

Jednocześnie nie chcę hodować w sobie przekonania, że wszystko zależy wyłącznie ode mnie. To również forma pychy, tylko ubrana w wyrzuty sumienia. Istnieje choroba, stan pacjenta, przypadek, zespół, granice możliwości. Odpowiedzialność wymaga odróżnienia własnego wpływu od rzeczy, nad którymi go nie mam. Ani przypisanie sobie całego sukcesu, ani przywłaszczenie każdej porażki nie jest szczególnie uczciwe.

Dojrzewanie zawodowe wyobrażam sobie więc jako powolną naukę dźwigania właściwej części ciężaru. Bez zrzucania go na innych i bez teatralnego brania wszystkiego na siebie. Chciałbym mieć z tego mniej materiału na pomnik, a więcej pożytku dla człowieka, którego przyjdzie mi operować następnego dnia. Pomnik zresztą trudno zmieścić w dyżurce. I tak brakuje miejsca na własne rzeczy.

Drzwi nie są linią mety

Jest coś poruszającego w chwili, w której odpowiedzialność przestaje być teorią z cudzej opowieści. Nagle okazuje się cięższa od instrumentu, choć nikt nie położył jej na dłoni. Człowiek długo chciał dostać więcej samodzielności, a kiedy ją dostaje, przez moment rozumie wszystkie zalety bycia drugim przy stole.

To chyba zdrowy moment. Ambicja spotyka się z rzeczywistością i odkrywa, że rzeczywistość nie przyszła wystawić jej oceny. Przyszła z pacjentem.

Cieszy mnie zawodowy rozwój. Mit samotności nie jest mi do tej radości potrzebny. Za każdym własnym ruchem stoją cudze lekcje, uwagi, poprawki i cierpliwość. Nawet kiedy nikt nie mówi, część tych głosów pozostaje. Samodzielność nie usuwa długu wobec ludzi, którzy nas uczyli. Raczej zaczyna się od rozsądnego korzystania z tego, co zostawili.

Mojemu kierownikowi specjalizacji zawdzięczam wszystko, co dziś potrafię przy stole operacyjnym. Chcę mu tutaj po prostu podziękować. O samodzielności łatwo pisać tak, jakby człowiek sam się wymyślił, wykształcił i na koniec wręczył sobie narzędzia. Ja pamiętam, komu zawdzięczam to, że wiem, co z nimi zrobić.

Być może dlatego tytuł „Pierwszy raz sam” powinien trochę uwierać. Jest chwytliwy, ale nie całkiem uczciwy. Na sali nadal pracuje zespół. Pomoc powinna pozostawać dostępna. Wiedza pochodzi od innych. A człowiek pod obłożeniem wcale nie wymaga ode mnie samotności. Wymaga, żebym podejmował dobre decyzje.

Jedna z nich może brzmieć: mogę kontynuować.

Inna: proszę zadzwonić po ...

Drzwi otwarte po takim zdaniu nie oznaczają cofnięcia do początku szkolenia. Oznaczają, że pacjent właśnie okazał się ważniejszy od tytułu tej opowieści.

Bibliografia

1. World Health Organization. Implementation Manual: WHO Surgical Safety Checklist 2009. Podręcznik WHO.

2. World Health Organization. WHO Guidelines for Safe Surgery 2009. Rozdział dotyczący skutecznej komunikacji zespołu operacyjnego. Pełny tekst.

• • •Wróć do dziennika

Po lekturze

Miejsce na Twoje słowa.

Co zostało z Tobą po tym tekście?

Wczytywanie komentarzy…

Zostaw komentarz

Wystarczy pseudonim. Komentarz pojawi się od razu, bez akceptacji autora. Nie podawaj danych pacjentów ani informacji pozwalających ich rozpoznać.

0 / 3000