Jest coś wyjątkowo przyjemnego w oglądaniu dawnych narzędzi chirurgicznych. Człowiek staje przed gablotą, patrzy na zardzewiały przyrząd przypominający wyposażenie warsztatu stolarskiego i od razu czuje, że urodził się we właściwym momencie.
Potem czyta, że tym otwierano czaszkę.
Kręci głową. Prymitywne czasy.
To bardzo wygodna pozycja intelektualna. Zwłaszcza kiedy ma się do dyspozycji rezonans magnetyczny, mikroskop, antybiotyki, bank krwi i anestezjologa, który przez kilka godzin pilnuje, żeby chirurg mógł sprawiać wrażenie najważniejszej osoby na sali.
Gdyby odebrać mi te wszystkie udogodnienia i postawić obok człowieka wykonującego trepanację kilkaset lat temu, moja przewaga mogłaby się szybko ograniczyć do znajomości angielskich nazw powikłań.
Nie wynalazłem przecież znieczulenia. Nie odkryłem bakterii. Tomograf też ktoś zdążył skonstruować przed moim przyjściem na świat. Dostałem do ręki wynik pracy pokoleń i bardzo łatwo byłoby pomylić ten korzystny zbieg okoliczności z własną przenikliwością.
Dlatego historia neurochirurgii interesuje mnie najbardziej w tych miejscach, w których przestaje być albumem wielkich odkryć. Kiedy spod portretów wybitnych profesorów wychodzi coś mniej reprezentacyjnego: niepewność, upór, przypadek, cudza krzywda. I przekonanie, że przecież robimy wszystko tak, jak należy.
To ostatnie ma wyjątkowo długą historię.
Zacznijmy od Egiptu.
Około 1600 roku przed naszą erą powstał zachowany do dziś papirus Edwina Smitha, oparty prawdopodobnie na wcześniejszym tekście. Zawiera czterdzieści osiem opisów urazów, uporządkowanych według schematu obejmującego badanie, rozpoznanie, rokowanie i leczenie. Wśród nich są urazy głowy i kręgosłupa. Pojawiają się opisy mózgu, jego osłon i następstw uszkodzeń. Jak na dokument sprzed ponad trzech i pół tysiąca lat, jest zaskakująco przytomny.
Nie jest to dowód, że nad Nilem działał oddział neurochirurgii z planem operacyjnym i poranną odprawą. Jest to natomiast dowód, że ktoś uważnie oglądał rannych ludzi i próbował rozpoznać granice własnych możliwości.
Autor rozróżniał przypadki, w których mógł podjąć leczenie, takie, w których wynik pozostawał niepewny, oraz takie, wobec których nie znał skutecznego postępowania.
Kilka tysięcy lat temu potrafiono więc zapisać, że czegoś nie da się naprawić.
Do dziś bywa to trudniejsze niż napisanie wniosku o zakup nowego urządzenia.
Co szczególnie ujmujące, na odwrocie tego samego papirusu znajdują się zaklęcia i receptury, w tym sposób na odmłodzenie starego człowieka. Rzetelna obserwacja kliniczna z jednej strony, obietnica odzyskania młodości z drugiej. Gdyby dodać formularz rezerwacji i płatność kartą, mielibyśmy całkiem współczesną stronę internetową.
Nie śmiałbym się jednak zbyt długo. Egipski autor przynajmniej oddzielił te rzeczy stronami.
Przy Egipcie warto na chwilę odłożyć podręcznik i sięgnąć po powieść.
W „Egipcjaninie Sinuhe” Miki Waltariego tytułowy lekarz poznaje rzemiosło królewskiego trepanatora Ptahora, a później sam zostaje związany z dworem faraona. To fikcja literacka osadzona w starożytności. Waltari nie zostawił nam protokołu wykopalisk; zostawił za to kilka bardzo celnych obserwacji na temat ludzi, którzy zawodowo starają się pomagać innym ludziom.
Ptahor ma tytuł, pozycję i renomę. Ma również wyjątkowo ponurą opinię o wynikach własnej specjalności. W przekładzie Zygmunta Łanowskiego pyta:
„Czyś słyszał o jednym choćby faraonie, który by żył w trzy dni po otwarciu jego czaszki?”
To wypowiedź z księgi pierwszej, rozdziału piątego.
Znakomite kwalifikacje, imponująca klientela, bardzo ograniczona możliwość uzyskania opinii po zabiegu.
W tej literackiej scenie najbardziej interesuje mnie rozdźwięk między rangą operatora a losem operowanego. Tytuł można wypowiedzieć z nabożeństwem. Ruchy ręki można podziwiać. Nad samą techniką można dyskutować długo i z przyjemnością.
Pacjent ma tymczasem pewne dodatkowe oczekiwania.
Chciałby przeżyć. Obudzić się jako on sam. Rozpoznać bliskich, wypowiedzieć zdanie, wrócić do świata, w którym przed operacją miał swoje sprawy. Byłoby niezręcznie uznać go za niewdzięcznego tylko dlatego, że nie zadowolił się estetyką zabiegu.
Ta różnica między sprawnością rąk a skutecznością leczenia będzie wracać przez całą historię neurochirurgii. Waltari ubrał ją w egipskie szaty, ale nie trzeba znać obyczajów faraonów, żeby poczuć się odrobinę nieswojo.
Tymczasem w Ameryce Południowej ludzie przez stulecia wykonywali otwory w czaszkach. Szczególnie bogate świadectwa tych zabiegów pochodzą z terenów dzisiejszego Peru, z kultur poprzedzających Inków i z okresu inkaskiego.
Trepanacja brzmi jak coś, co łatwo umieścić w rozdziale „dawne zabobony”, po czym z ulgą przejść do właściwej medycyny.
Problem polega na tym, że część tych czaszek zdążyła się zagoić.
Kość wokół otworu nosi ślady przebudowy. Ktoś przeżył dostatecznie długo, żeby organizm rozpoczął naprawę. W analizie ponad ośmiuset peruwiańskich czaszek autorzy oszacowali przeżycie w badanych seriach z okresu inkaskiego na około 75-83 procent. Wyniki różniły się między epokami i populacjami.
To nie jest współczesny rejestr operacyjny. Zagojony otwór nie powie nam, czy człowiek wrócił do pracy, czy miał niedowład, czy nadal cierpiał. Nie znamy pełnej historii wskazań ani losów wszystkich leczonych. Z takich znalezisk nie należy urządzać zawodów między inkaskim operatorem a dzisiejszą kliniką.
Ale można na ich widok trochę wyprostować własną minę.
Dawny chirurg mógł nie znać biologii bakterii, a mimo to wypracować technikę, dzięki której pacjent przeżywał. Mógł źle tłumaczyć sobie przyczynę choroby i dobrze wykonywać pewne elementy zabiegu. Rzemiosło potrafiło wyprzedzać teorię.
Nam również zdarza się umieć coś zrobić, zanim do końca zrozumiemy, dlaczego działa. W takich sytuacjach dobrze jest przynajmniej zachować ciekawość. Przyzwyczajenie łatwo przebiera się za wyjaśnienie, zwłaszcza kiedy od lat nosi ten sam fartuch.
Po podobną lekcję skromności można zresztą pojechać na Mazowsze.
W 2025 roku na stanowisku Łysa Góra w Bagienicach Wielkich, w gminie Chorzele, archeolodzy znaleźli żelazny przedmiot interpretowany jako narzędzie do trepanacji czaszki. Zabytek datowany jest na IV-III wiek przed naszą erą i wiązany z obecnością Celtów. Badania prowadziło Państwowe Muzeum Archeologiczne we współpracy z Wydziałem Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego.
Według kierownika badań, dr. Bartłomieja Kaczyńskiego, przyrząd przypominał skalpel: miał ostrze przechodzące w kolec, na którym osadzano drewnianą rękojeść. Podobne narzędzia znane są z zaledwie kilku stanowisk celtyckich w innych częściach Europy.
Ta bliskość geograficzna trochę psuje wygodę oglądania przeszłości. Egipt i dawne Peru łatwo zamienić w egzotyczną opowieść. Chorzele trudniej. To już okolica, do której można pojechać samochodem, po drodze narzekając na nawigację.
Sam przedmiot nie opowie nam, kogo nim leczono, z jakiego powodu i z jakim skutkiem. Nie mamy karty wypisowej. Zardzewiałe ostrze nie pozwala odróżnić sprawnego operatora od człowieka, którego ambicje znacznie wyprzedzały kompetencje.
Zresztą lśniące ostrze też nie.
Patrząc na ten zabytek, myślę również o jego właścicielu. Czy wiedział, kiedy się zatrzymać? Czy po niepowodzeniu zmieniał sposób postępowania? Czy dopuszczał możliwość, że problem leżał w jego metodzie?
A może miał już gotowe wyjaśnienie.
Wróćmy do ludzi, po których zostały również teksty.
W tradycji hipokratejskiej znajdziemy systematyczne rozważania o urazach czaszki i trepanacji. Grecki traktat „O urazach głowy” zajmuje się rodzajami uszkodzeń, badaniem rany i wyborem postępowania. Widać w nim próbę uporządkowania praktyki. Widać też ograniczenia wiedzy, których sam porządek nie mógł usunąć.
Przez kolejne stulecia ogromny wpływ na medycynę wywierał Galen. Jego dorobek był rzeczywisty. Kłopot pojawiał się wtedy, gdy autorytet stawał się wygodniejszy od sprawdzania.
W XVI wieku Andreas Vesalius przeprowadzał własne sekcje i porównywał to, co widział, z odziedziczonym opisem ciała. W wydanej w 1543 roku „De humani corporis fabrica” część wcześniejszych ustaleń potwierdził, część zakwestionował. Wywołał zachwyt i oburzenie, czyli dwa tradycyjne objawy aktualizacji wiedzy.
Łatwo dziś kibicować Vesaliusowi. Wiemy, kto wygrał.
Znacznie trudniej byłoby stanąć obok niego, kiedy wynik sporu pozostawał otwarty, a po drugiej stronie siedzieli ludzie odpowiedzialni za nasze egzaminy, zatrudnienie i zawodową przyszłość.
Zdanie „zawsze tak robiliśmy” nie wymaga łaciny, żeby brzmieć dostojnie. Wystarczy odpowiednio wysokie stanowisko.
To zresztą jedna z trudniejszych lekcji w medycynie: odróżnić szacunek do nauczyciela od obowiązku powtarzania wszystkiego, czego nauczał. Pierwszy można zachować również wtedy, gdy drugie przestaje służyć pacjentom. W praktyce bywa z tym gorzej. Wiedza starzeje się nierówno, a hierarchia zazwyczaj niechętnie przyjmuje tę wiadomość.
Przez większą część historii chirurg miał do pokonania kilka bardzo przyziemnych przeszkód. Pacjenta bolało. Pacjent krwawił. Rana ulegała zakażeniu.
Żadnej z tych rzeczy nie dało się skutecznie zagadać.
Rozwój znieczulenia w XIX wieku pozwolił operować spokojniej i dłużej. Prace Josepha Listera nad antyseptyką pomogły ograniczyć zakażenia. Samo przeżycie zabiegu przestawało być jedynie wstępem do śmierci kilka dni później.
Dla neurochirurgii miało to zasadnicze znaczenie. Przy mózgu pośpiech nie staje się precyzją tylko dlatego, że bardzo zależy nam na czasie.
W podręcznikowej opowieści łatwo jednak przeoczyć zbiorowy wysiłek. Na portrecie mieści się jeden chirurg. Gorzej zmieścić rozwój anestezjologii, pielęgniarstwa, sterylizacji, diagnostyki i całej opieki pooperacyjnej.
Historia lubi wielkie nazwiska. Sala operacyjna potrzebuje również ludzi, których nazwisk historia nie zapamiętała.
Sporo naszej dzisiejszej odwagi bierze się z tego, że za plecami stoją inni. Ktoś zauważy spadek ciśnienia, poda krew, przygotuje narzędzie, zwróci uwagę na zmianę stanu pacjenta. W opisie zabiegu te czynności potrafią zmieścić się w kilku słowach. W rzeczywistości nieraz decydują, czy opis będzie miał ciąg dalszy.
W 1884 roku Rickman Godlee usunął guz mózgu, którego położenie Alexander Hughes Bennett rozpoznał na podstawie objawów neurologicznych. Był to jeden z przełomowych zabiegów w narodzinach nowoczesnej neurochirurgii: zmiana znajdowała się w samym mózgu, a do jej lokalizacji nie służył żaden skaner.
Pacjent zmarł dwudziestego ósmego dnia po operacji, najprawdopodobniej wskutek zapalenia opon i dalszych powikłań. Podczas badania pośmiertnego nie znaleziono pozostałości usuniętego guza.
Trudno o bardziej niewygodne zestawienie dwóch zdań.
Guz został usunięty.
Pacjent umarł.
Pierwsze dobrze wygląda w historii techniki. Drugie powinno pilnować, żebyśmy pamiętali, po co technika w ogóle istnieje.
Nie chodzi o wydanie Godleemu pośmiertnej oceny z operatywy. Jego zabieg otworzył nowy rozdział. Chodzi o zachowanie w tym rozdziale miejsca dla człowieka, który nie doczekał korzyści z przełomu.
W tym samym okresie Victor Horsley łączył pracę operacyjną z badaniami nad funkcjami mózgu, rozwijając podstawy chirurgii padaczki i innych chorób układu nerwowego. Coraz lepiej rozumiano, co znajduje się pod kością i jakie znaczenie może mieć uszkodzenie określonego obszaru.
Odważnych ludzi otwierających czaszki było już wcześniej wielu. Coraz bardziej potrzebni byli tacy, którzy potrafili wyjaśnić, dlaczego otwierają właśnie tę czaszkę, właśnie tutaj i właśnie teraz.
Harvey Cushing nadał temu rzemiosłu dyscyplinę, bez której neurochirurgia mogłaby na długo pozostać widowiskową metodą pogarszania rokowania.
Na początku XX wieku wniósł do niej drobiazgową technikę, uważną obserwację i dokładną dokumentację. Interesował się stanem pacjenta podczas operacji, pomiarami ciśnienia, fizjologią ciśnienia śródczaszkowego. Współpraca z Williamem Bovie'em pozwoliła mu wykorzystać elektrochirurgię do opanowywania krwawienia, które wcześniej ograniczało możliwości usuwania guzów.
Dziś brzmi to mało romantycznie: lepiej widzieć, mniej szarpać, skuteczniej zatrzymywać krew, dokładniej zapisywać wyniki.
Trudno z tego zrobić scenę, w której geniusz jednym olśnieniem zmienia świat. A jednak właśnie w takich czynnościach często mieści się postęp.
Podoba mi się zwłaszcza ten fragment dotyczący dokumentacji. Pamięć chirurga jest narzędziem bardzo użytecznym, ale wymaga kalibracji. Szczególnie dobrze przechowuje przypadki, które potwierdzają, że chirurg jest dobry.
Pozostałe chętnie oddaje pod opiekę takim pojęciom jak „trudny pacjent”, „nietypowa anatomia” i „nieprzewidywalny przebieg”.
Zapisany wynik ma tę nieprzyjemną właściwość, że nie zawsze chce uczestniczyć w budowaniu naszej legendy.
Cushing doczekał się również własnej daty w kalendarzu. 8 kwietnia, w rocznicę jego urodzin w 1869 roku, obchodzimy Światowy Dzień Neurochirurga. Związek tej daty z Cushingiem przypomina Światowa Federacja Towarzystw Neurochirurgicznych.
To dobry moment na życzenia, wspólne zdjęcie i kilka zdań o precyzji ludzkich rąk. W zawodzie, w którym regularnie trzeba komuś powiedzieć, że nie udało się pomóc, odrobina świętowania jest potrzebna.
Ale gdybym miał wybierać sposób uczczenia Cushinga, obok tortu postawiłbym wyniki leczenia. Również te, których nie pokazujemy na pierwszym slajdzie.
Tort prawdopodobnie cieszyłby się większym zainteresowaniem.
Trudno jednak o lepszy hołd dla człowieka, który tak starannie dokumentował swoją pracę, niż uczciwość wobec własnej. Można wznieść toast za postęp, a potem sprawdzić, czy rzeczywiście nastąpił. Pacjentom bardziej przyda się ta druga część obchodów.
Walter Dandy próbował z kolei zajrzeć tam, gdzie samo badanie neurologiczne nie wystarczało.
Rozwinął metody obrazowania wykorzystujące powietrze jako kontrast. W wentrykulografii zastępowano część płynu mózgowo-rdzeniowego powietrzem, dzięki czemu na zdjęciach rentgenowskich można było zobaczyć zarys układu komorowego i wnioskować o jego przemieszczeniu przez zmianę chorobową.
Przed erą tomografii trzeba było czasem wykonać inwazyjne badanie, żeby ustalić, czy i gdzie należy wykonać inwazyjny zabieg.
Warto o tym pamiętać podczas kolejnego zirytowanego westchnienia, że obraz ładuje się zbyt wolno.
To nie odbiera nam prawa do irytacji. Nadaje jej jedynie właściwe proporcje.
Jednocześnie łatwo zrozumieć, dlaczego te metody wydawały się przełomem. Choroba ukryta w czaszce zaczynała zostawiać czytelny ślad. Można było przestać polegać wyłącznie na objawach. Dziś patrzymy na taki aparat z niepokojem. Dla ówczesnego lekarza mógł być pierwszą możliwością sensownego zaplanowania pomocy.
Nowa metoda zawsze wygląda inaczej z perspektywy człowieka, który zna już jej następczynię.
Wilder Penfield zrobił coś, co w opowieści o operowaniu mózgu brzmi niemal bezczelnie: zaczął pytać jego właściciela, co się dzieje.
W Montrealu, wspólnie z zespołem i korzystając z dorobku poprzedników, rozwijał chirurgiczne leczenie padaczki oraz mapowanie funkcji kory. Podczas operacji w znieczuleniu miejscowym stymulował określone obszary i obserwował reakcje. Pacjent mógł mówić o swoich odczuciach, wykonywać zadania, odpowiadać. Informacje te pomagały wyznaczać granice operacji.
Człowiek na stole uczestniczył w ustalaniu, na co chirurg może sobie pozwolić.
Z tych prac wyrosły mapy, które do dziś porządkują nasze myślenie o korze. Równie cenna wydaje mi się jednak zawarta w nich zasada: można patrzeć na tkankę i nadal nie wiedzieć wystarczająco dużo.
Anatomia pokazuje, gdzie jesteśmy. Pacjent pomaga powiedzieć, co możemy mu odebrać.
To szczególnie ważne w zawodzie, w którym pokusa mylenia dostępności z przyzwoleniem jest bardzo silna. Skoro coś widać, skoro da się tam dojść, skoro narzędzie się mieści.
Penfield wprowadził do tej rozmowy argument, którego nie da się zastąpić elegancką ryciną. Odpowiedź człowieka. Pomiędzy dwoma podobnie wyglądającymi fragmentami tkanki może przebiegać granica, po której przekroczeniu pacjent nie będzie już umiał nazwać osoby stojącej przy jego łóżku.
W opisie zabiegu to kilka milimetrów. W jego życiu znacznie więcej.
W tym miejscu historia mogłaby już przyspieszyć ku szczęśliwemu zakończeniu. Wiemy więcej, widzimy lepiej, operujemy delikatniej.
Niestety po drodze stoi rok 1949.
Egas Moniz otrzymuje Nagrodę Nobla za przypisywaną leukotomii wartość terapeutyczną w wybranych psychozach. Zabiegi polegające na uszkadzaniu połączeń w obrębie płatów czołowych zyskują ogromny prestiż. Ich następstwami mogą być ciężkie zmiany osobowości i funkcjonowania.
To szczególnie niewygodny eksponat.
Nie można schować go między kamiennym narzędziem a zaklęciem. Mamy już uniwersytety, czasopisma, laboratoria i uroczystą ceremonię wręczenia nagrody.
Współczesna kpina przychodzi łatwo. Znacznie trudniejsze jest pytanie, jak sami rozpoznalibyśmy problem, gdybyśmy stali w tamtej sali i słuchali o przełomie.
Czy zapytalibyśmy dostatecznie uważnie, co właściwie znaczy „poprawa”? Kto ją ocenia? Jak wygląda życie pacjenta po zabiegu? Czy zmniejszenie zachowań kłopotliwych dla otoczenia oznacza odzyskanie przez niego zdrowia?
Desperacja wobec ciężkiej choroby pomaga zrozumieć, dlaczego sięgano po radykalne metody. Nie odpowiada jednak za nas na pytanie, ile wolno zniszczyć w człowieku, żeby ogłosić sukces.
Nobel nie był wynikiem badania kontrolnego.
Był nagrodą przyznaną przez ludzi, którzy również żyli zgodnie z aktualną wiedzą.
W drugiej połowie XX wieku mikroskop i rozwój mikrochirurgii zmieniły skalę pracy. Gazi Yaşargil odegrał w tej przemianie zasadniczą rolę, rozwijając techniki pozwalające wykorzystywać naturalne przestrzenie anatomiczne i precyzyjniej obchodzić się z naczyniami oraz tkanką nerwową.
Rozwój tomografii komputerowej, rezonansu, neuronawigacji i kolejnych narzędzi diagnostycznych pozwolił zobaczyć i zaplanować rzeczy, których poprzednicy musieli się domyślać.
To ogromny postęp. Wielu dzisiejszych pacjentów zawdzięcza mu życie i samodzielność. Byłoby nieuczciwe sprowadzać tę historię do efektownego zdania, że wszyscy zawsze błądzili.
Różnica między dawną a współczesną neurochirurgią jest realna.
Interesuje mnie jednak to, co na tej drodze mogło zmienić się najmniej: łatwość, z jaką człowiek stojący przy stole uznaje, że jego epoka wreszcie wszystko poukładała.
Mikroskop powiększa pole operacyjne. Nie wykazano, żeby automatycznie powiększał zdolność do samokrytyki.
Zastanawiam się czasem, które z naszych dzisiejszych oczywistości będą za pięćdziesiąt lat wymagały wstępu: „należy pamiętać, że w tamtym okresie…”.
To bardzo uprzejma formuła. Historyk zakłada nią rękawiczki, zanim dotknie cudzego błędu.
Może nasi następcy będą zdumieni, jak wiele zdrowej tkanki poświęcaliśmy, żeby dotrzeć do choroby. Może uznają część naszych sposobów oceniania wyników za osobliwie wygodne dla operatora. Może będą się dziwić, że tak dużo uwagi poświęcaliśmy temu, ile udało się usunąć, a zbyt mało temu, jak człowiek żył po usunięciu.
A może najbardziej niezrozumiałe okaże się dla nich coś, co dziś uchodzi za dowód charakteru: podejmowanie nieodwracalnych decyzji po wielu godzinach pracy i traktowanie fizjologicznej potrzeby snu jak drobnej wady osobowości.
Nie wiem. I nie chciałbym, żeby to wyznanie stało się ozdobnym przejawem pokory, po którym spokojnie wrócę do wszystkich przyzwyczajeń.
Niepewność jest użyteczna wtedy, gdy coś z nią robimy. Sprawdzamy wynik po miesiącu i po roku. Pytamy pacjenta o rzecz, której nie zmierzyliśmy w badaniu neurologicznym. Przyglądamy się powikłaniu, zamiast od razu układać zdanie, które pomoże nam o nim zapomnieć.
Może nawet dopuszczamy myśl, że zabieg wykonany dokładnie tak samo jak poprzednie niekoniecznie zasługuje na następny.
Z drugiej strony pacjent z narastającym krwiakiem nie poczeka, aż przyszłe pokolenia rozstrzygną wszystkie nasze spory. Trzeba zbadać, ocenić, zdecydować. Czasem operować natychmiast. Czasem powstrzymać rękę.
Odpowiedzialność polega również na działaniu z wiedzą, która jest niepełna. Warto tylko pilnować, żeby po kilku udanych zabiegach nie zaczęła nam się wydawać kompletna.
Dlatego tak ważne jest pozwalanie innym, żeby zadawali niewygodne pytania. Nawet jeśli pytający jest młodszy, nie ma imponującego dorobku i psuje sprawnie przebiegającą odprawę.
Zwłaszcza wtedy.
Historia pokazuje, jak wiele zawdzięczamy ludziom, którzy zakłócali takie odprawy. Zwykle znacznie później nadajemy ich nazwiska salom, w których ponownie nie lubimy być poprawiani.
Jeśli komuś mało historii neurochirurgii, warto sięgnąć po „Kruchy dom duszy” Jürgena Thorwalda. To opowieść o narodzinach chirurgii mózgu i ludziach, którzy próbowali przesuwać granice możliwego, nie zawsze wiedząc, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna brawura. Dobra lektura, kiedy własna epoka zaczyna nam się wydawać podejrzanie rozsądna.
Kiedy więc patrzę na dawny trepan w muzealnej gablocie, staram się nie uśmiechać zbyt szeroko.
Człowiek, który go używał, pracował z tym, co miał. Czasem był znakomitym rzemieślnikiem. Czasem zadawał cierpienie, którego nie rozumiał. Czasem rozpoznawał własną bezradność trafniej niż ludzie dysponujący znacznie lepszym sprzętem.
Chciałbym wierzyć, że odróżnia nas od niego coś więcej niż wyposażenie.
Dlatego, gdy kiedyś do gabloty trafi mój kraniotom, obok mogą położyć opis operacji. Będzie w nim anatomia, zastosowana technika i wszystkie starannie dobrane słowa.
Być może również zdanie: „Postępowano zgodnie z aktualną wiedzą”.
Zwiedzający pokiwa głową.
Mam nadzieję, że zanim się roześmieje, sprawdzi datę ważności swojej.
Bibliografia
1. New York Academy of Medicine. Edwin Smith Surgical Papyrus.
2. Kamp MA, Tahsim-Oglou Y, Steiger HJ, Hänggi D. Traumatic brain injuries in the ancient Egypt: insights from the Edwin Smith Papyrus. J Neurol Surg A Cent Eur Neurosurg. 2012;73(4):230-237. DOI: 10.1055/s-0032-1313635.
3. The Metropolitan Museum of Art. The Art of Medicine in Ancient Egypt. Materiały wystawy, 2005.
4. Waltari M. Egipcjanin Sinuhe. Przeł. Zygmunt Łanowski. Książnica, 2022. ISBN 978-83-271-6247-2. Księga pierwsza, rozdział 5; fragment wydania elektronicznego w Virtualo.
5. Kushner DS, Verano JW, Titelbaum AR. Trepanation Procedures/Outcomes: Comparison of Prehistoric Peru with Other Ancient, Medieval, and American Civil War Cranial Surgery. World Neurosurg. 2018;114:245-251. DOI: 10.1016/j.wneu.2018.03.143.
6. Serwis Naukowy Uniwersytetu Warszawskiego. Archeologiczne Sensacje 2025. Odkrycia i badania naukowców z UW.
7. Nauka w Polsce, PAP. Mazowsze/ Celtyckie narzędzie do trepanacji czaszki odkryte na Łysej Górze.
8. Hipokrates. On Injuries of the Head. Przeł. Francis Adams. The Internet Classics Archive, Massachusetts Institute of Technology.
9. U.S. National Library of Medicine. Historical Anatomies on the Web: Vesalius. Opis dzieła i biografia Andreasa Vesaliusa.
10. Thompson G. Joseph Lister in the Archives - “The Father of antiseptic surgery”. Royal College of Surgeons of England, 5 lutego 2025.
11. Kirkpatrick DB. The first primary brain-tumor operation. J Neurosurg. 1984;61(5):809-813. DOI: 10.3171/jns.1984.61.5.0809.
12. Royal College of Surgeons of England. Blue Plaque for Sir Victor Horsley, Neurosurgeon.
13. Johns Hopkins Medicine. Department History. Department of Neurology and Neurosurgery.
14. Goldfarb WB. Harvey Cushing and the New England Surgical Society. Arch Surg. 2009;144(5):476-479. DOI: 10.1001/archsurg.2009.38.
15. World Federation of Neurosurgical Societies. April 8 - World Neurosurgeons’ Day. Biuletyn WFNS.
16. The Alan Mason Chesney Medical Archives, Johns Hopkins Medical Institutions. Walter Edward Dandy Collection Finding Aid.
17. Maude Abbott Medical Museum, McGill University. Wilder Penfield.
18. NobelPrize.org. Egas Moniz - Facts. The Nobel Prize in Physiology or Medicine 1949.
19. Serra C, Krayenbühl N, Regli L. Professor M. Gazi Yaşargil 1925-2025: An iconic pioneer and father of microneurosurgery. Acta Neurochir (Wien). 2025;167(1):212. DOI: 10.1007/s00701-025-06627-z.
20. Thorwald J. Kruchy dom duszy. Przeł. Wawrzyniec Sawicki. Wydawnictwo Literackie, 2021. ISBN 978-83-08-08619-3.
Źródła fotografii
1. Kamienne i miedziane narzędzia używane przez Inków do trepanacji. Wellcome Library, London, M0003693. Źródło, CC BY 4.0. Zmniejszono rozdzielczość.
2. Papirus Edwina Smitha, kolumny VI i VII. Reprodukcja dokumentu ze zbiorów New York Academy of Medicine. Źródło, domena publiczna. Zmniejszono rozdzielczość.
3. Czaszka z Chaclacayo w Peru, z otworem po trepanacji. A.M.M. 9755. Otis Historical Archives, National Museum of Health & Medicine. Źródło, CC BY 2.0. Zmniejszono rozdzielczość.
4. Harvey Cushing w fartuchu i rękawiczkach operacyjnych. Wellcome Library, London, M0009951. Źródło, CC BY 4.0. Zmniejszono rozdzielczość.
5. Wilder Penfield, 1959. Zbiory U.S. National Library of Medicine, nr 101426095. Źródło, domena publiczna według opisu w Wikimedia Commons. Zmniejszono rozdzielczość.

Po lekturze
Miejsce na Twoje słowa.
Co zostało z Tobą po tym tekście?