Jesienią drzewa stają się podobne do rysunków, z których ktoś wymazał kolor. Dopiero wtedy widać, jak rosły. Gdzie ustąpiły sąsiedniemu drzewu. Która gałąź szukała światła, a która musiała zadowolić się jego resztką.
Z daleka można było pomyśleć, że każde miało do dyspozycji całe niebo.
Lubię patrzeć na nie o tej porze. Na pnie, które nie wyrosły prosto, a jednak uniosły tyle liści. Na miejsca po złamaniach, dawno obrośnięte korą. Nikt nie poprawił tych kształtów. Wiosną ptaki znowu uznają je za wystarczające.
Sam długo chciałem rosnąć tak, żeby nie było widać, co mnie odgięło. Wdzięczność przychodziła później niż duma. Łatwiej pamiętałem, dokąd doszedłem, niż kto przez pewien czas szedł wolniej, żebym mógł dotrzymać mu kroku.
Teraz coraz częściej rozpoznaję w sobie cudze gesty. Czyjąś cierpliwość. Zdanie, którego kiedyś nie chciałem słuchać. Sposób, w jaki podnoszę się po niepowodzeniu, bo ktoś dawno temu nie pozwolił mi zostać na ziemi.
Wiatr porusza nagimi gałęziami.
Patrzę na drzewo i myślę, jak mało z tego, co pozwala mu stać, wystaje ponad ziemię.

Po lekturze
Miejsce na Twoje słowa.
Co zostało z Tobą po tym tekście?