Wszystkie zapiski

Ruch, który nie poruszył powietrza

Tyle żywiołu w polu widzenia. A ode mnie potrzebny był ruch, który prawie nie poruszył powietrza. O napięciu pozostającym w ciele po klipsowaniu pękniętego tętniaka.

Anonimowy chirurg odrywa wzrok od mikroskopu. Zieleń sali operacyjnej przenika się z obrazem lasu po silnym wietrze.
Ilustracja przygotowana z pomocą AI.

Kiedy unoszę wzrok znad mikroskopu, sala wydaje się dziwnie duża.

Stoimy przy stole operacyjnym. Pacjent został zdehumanizowany obłożeniem operacyjnym, a zegar nieubłaganie przesuwa wskazówki. Słychać odkładane narzędzia i szelest fartucha. Wszystko ma zwyczajne rozmiary, do których przez chwilę muszę się przyzwyczajać.

Własne ciało zauważam z opóźnieniem.

Zaciśniętą szczękę. Barki uniesione od nie wiadomo kiedy. Ciężar głowy pochylonej nad okularami mikroskopu. Powoli wypuszczam powietrze i dopiero wtedy czuję, jak płytko oddychałem.

To pozycja, której nie zaleciłbym żadnemu pacjentowi. Od własnego kręgosłupa oczekuję jednak, że wykaże się zrozumieniem.

Przesuwam odrobinę stopę. Poprawiam ułożenie przedramienia. Przez ostatnie minuty całe moje ciało miało przede wszystkim nie przeszkadzać dłoniom. Teraz poszczególne jego części zaczynają zgłaszać uwagi.

Napięcie ustępuje nierówno. Trochę z palców, trochę z karku. Reszta zostaje.

Tak cichnie las po silnym wietrze. Przy ziemi już spokój, a wysoko korony jeszcze się kołyszą. Od czasu do czasu coś zatrzeszczy. Dopiero wtedy człowiek orientuje się, że nadal czekał na ten dźwięk.

Jeszcze przez chwilę łapię się na tym, że zaciskam zęby. Rozluźniam szczękę ponownie, tym razem świadomie.

W polu operacyjnym nadal czerwień. Obrzękłe zakręty, ciemne bruzdy, połysk metalu. Krajobraz po przerwaniu wału. Woda jeszcze długo będzie stała wysoko.

Patrzę na klips.

Myślę o tym, ile wysiłku kosztował ruch, którego z drugiego końca sali pewnie nie dało się zauważyć. O wszystkich odruchach zatrzymanych po drodze. O dłoni, która musiała poczekać, choć wszystko we mnie chciało już mieć tę chwilę za sobą.

Chyba właśnie to zostaje we mnie najmocniej po klipsowaniu pękniętego tętniaka.

Tyle żywiołu w polu widzenia.

A ode mnie potrzebny był ruch, który prawie nie poruszył powietrza.

• • •Wróć do dziennika

Po lekturze

Miejsce na Twoje słowa.

Co zostało z Tobą po tym tekście?

Wczytywanie komentarzy…

Zostaw komentarz

Wystarczy pseudonim. Komentarz pojawi się od razu, bez akceptacji autora. Nie podawaj danych pacjentów ani informacji pozwalających ich rozpoznać.

0 / 3000